List wolontariusza 2007

Zobacz także:

Aachen, 24 marzec 2007 r.

Serdeczne witam wszystkich zainteresowanych moim wolontariatem!!!!

Już ponad siedem miesięcy minęło od momentu, kiedy to przybyłem do najdalej wysuniętego na zachód miasta w Niemczech, aby odbyć w nim moją czternastomiesięczna służbę wolontariacką. Czas płynie bardzo szybko, dobrze pamiętam jeszcze dzień, kiedy to z pełnym plecakiem bagaży i głową pełną znaków zapytania zawitałem do Akwizgranu. Miasto od razu urzekło mnie swoim kameralnym klimatem, oraz wyjątkowym unikalnym położeniem. Aachen leży dokładnie na styku trzech granic: holendersko – niemiecko – belgijskiej. To powoduje, że w mieście panuje prawdziwa mieszanka kulturowo – językowa, która jest dodatkowo ubogacana przez bardzo dużą liczbę studentów pochodzących ze wszystkich stron świata (tutejsza uczelnia RWTH Aachen należy do dziesiątki najlepszych technicznych uczelni w Europie, a jej dyplom jest nawet wysoko ceniony w Stanach Zjednoczonych). Studentów jest tutaj około 30 tys. To sprawia, że w tym 250 tys. mieście co dziesiątą osobą jest student. W Aachen codziennością jest widok osób pochodzących z Afryki, Azji, Ameryki Południowej, oraz słuchanie rozmów na ulicy w wielu różnych językach. Dodatkowo, szczególnie w weekendy licznie odwiedzają to miasto sąsiedzi zza zagranicy. W trakcie Weihnachtsmarkt przed Bożym Narodzeniem przyjeżdżały tutaj także wycieczki autokarowe z Francji i Wlk. Brytanii (dla Brytyjczyków jest to najbliższe duże miasto niemieckie gdy jadą samochodem na wschód).

Wspomniana już bliskość Belgii i Holandii jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Z mojego pokoju potrzebuje 25 minut jazdy rowerem aby być już w małym holenderskim miasteczku Vaals lub ok. 40 min aby odwiedzić belgijskie Kelmis. Poza tym las po którym biegam leży dokładnie na granicy niemiecko – belgijskiej można więc sobie zrobić transgraniczny trening. W tym miejscu można też bezpośrednio doświadczać zalet integracji europejskiej. Ruch na granicach nie jest utrudniony przez żadną kontrolę paszportów ani dowodów. Płaci się w każdym kraju tą samą walutą. Cały obszar przygraniczny tych trzech państw tworzy od 1974 r. Euroregion Maas - Rhein (nazwa pochodzi od dwóch rzek między którymi region się znajduje), należą do niego m.in. poza Aachen jeszcze ważne belgijskie miasto Liege oraz holenderskie Maastricht, w którym to w listopadzie 1993 r. podpisano Traktat oficjalnie powołujący do życia Unię Europejską. Wspólnie z Maastricht, Aachen posiada też lotnisko, z którego kilka już razy korzystałem latając do Berlina. Niedaleko stąd także do Brukseli (gdzie raz już byłem w sierpniu) i Luxemburga, czyli siedzib najważniejszych organów Unii Europejskiej. Granice państw zacierają się tutaj do tego stopnia, że nie jest niczym nadzwyczajnym gdy obywatele Niemiec budują dom w Belgii a nadal pracują w Niemczech. Pod względem położenia, miasto jest więc bardzo wyjątkowe.

Poza dzisiejszym nowoczesnym a nawet globalnym charakterem, miasto posiada też swoją długą i bogatą historię. Dzieje miasta do dziś ściśle związane są ze znajdującymi się tutaj gorącymi źródłami. Pierwsza osada powstała tutaj już na 3000 do 2500 lat przed Chrystusem a jej osadnikami byli Celtowie. Pozostali oni na tych obszarach aż do I w. po Chrystusie. Kolejnymi którzy zajęli te tereny są Rzymianie. Na potrzeby swojego wojska wybudowali oni tutaj termy i łaźnie, aby odpoczywać po walkach. Nazwa miasta także ściśle związana jest z wodą. Rzymianie nazywali miasto aquae Granni, bardzo podobna do tej jest także późniejsza, obowiązująca od XII w. średniowieczna nazwa miasta Aquisgranum (z łac. Aquis = woda, Granus = imię rzymskoceltyckiego boga zdrowia). Dzisiejsza niemiecka nazwa nawiązuje jednak do słowa z języka Franków aha, które to znaczy po prostu woda.

Obok gorących źródeł historia miasta mocno związana jest z postacią Karola Wielkiego. Władca ten pochodził z dynastii Karolingów i od 771 r. był królem Królestwa Franków. Marzeniem jego życia było stworzenie silnego i wielkiego państwa na wzór upadłego przed wiekami Cesarstwa Rzymskiego. Prowadził więc wiele wojen i podbił wiele terenów. W końcu władał on Imperium o powierzchni dzisiejszej Francji, Beneluksu, Italii i zachodnich Niemiec. Jego marzenie spełniło się wreszcie w Boże Narodzenie roku 800, gdy to Papież Leon III koronował go w tutejszej katedrze na Cesarza Imperium. Od tej pory także, aż do roku 1531 koronowani byli w Aachen wszyscy Królowie Niemiec. W czasach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, władcy Niemiec byli też dodatkowo koronowani w Rzymie przez Papieża na Cesarza Rzymskiego. Karol Wielki wybrał Akwizgran na swoją stolicę, wybudował też tutaj swój pałac i stojącą do dzisiaj, choć wielokrotnie rozbudowywaną, katedrę. Miasto stało się nie tylko geograficznym, ale także naukowym i kulturalnym centrum jego Imperium. Aachen było więc przez następnych kilka wieków najważniejszym miastem w tym regionie Europy. Jest to pierwsza historyczna stolica dzisiejszych Niemiec. Bardzo ważne były też dla walczącego przez prawie całe swoje życie na wojnach Karola (mówi się, że większość życia spędził on w siodle broniąc w różnych stronach granic swojego wielkiego cesarstwa) były tutejsze gorące źródła. Wraz z otaczającymi Aachen pagórkami i bogatymi w zwierzynę lasami była to prawdziwa oaza spokoju gdzie mógł on wraz z całym wojskiem regenorwać siły. Aachen znane było mu juz od dziecka. Wraz ze swoim ojcem, również królem Franków, Pippinem przyjeżdżał on tutaj z okazji większych świąt chrześcijańskich.

Do dziś miasto jest kurortem leczniczym do którego licznie zjeżdżaja kuracjusze. Cała dzielnica obok której mieszkam - Burtscheid jest przepełniona klinikami i miejscami do spacerów. Cesarz zmarł w styczniu 814 r. a w 1165 r. został kanonizowany. Jego relikwie do dziś spoczywają w zaszczytnym miejscu aacheńskiej katedry obok innych cennych relikwii pieluszek Dzięciątka Jezus oraz chusty Matki Bożej, w którą owinęła Jezusa po porodzie. Historia miasta tworzy także wyjątkowy klimat tego miasta. Dziś także można zobaczyć w mieście wiele inicjałów Karola Wielkiego np. na deptakach, starówka jest jest także niezwykle kameralna, z wieloma wąskimi uliczkami i okazałym średniowiecznym ratuszem (miałem okazję już zwiedzic jego zabytkowe wnętrze, właśnie z okazji Dnia Karola 28 stycznia). Niestety pałac Karola (tzw. Pfalz) nie przetrwał do dni dzisiejszych. Katschhof , czyli plac między katedrą a ratuszem jest miejscem w którym znajdował się pałac. Jego jedynymi pozostałościami są właśnie katedra i ratusz. Aachen to także miasto wielu innych ciekawych zabytków z licznymi i starymi kościołami na czele.

Tyle słowem wstępu, nie można bowiem było nie wspomnieć o historii miejsca w którym obecnie mieszkam. Pokrótce opiszę więc mój obecny wkład w aktualną historię tego miasta :).

Organizacją koordynującą mój projekt jest Katolicki Ruch na Rzecz Pokoju „Pax Christi”. Powstał on zaraz po drugiej wojnie światowej we Francji i rozpoczął pracę na rzecz pojednania francusko – niemieckiego. Obecnie Ruch ten działa w 53 krajach na wszystkich kontynentach. W Polsce jest jego przedstawicielstwo w Warszawie i w Wadwicach. Pax Christi Aachen jest organizatorem wolontariatu dla młodych Polaków i Niemców, którzy chcą odbyć służbę wolontariacką w kraju sąsiada. Moja grupa składa się z czterech Niemców pracujących w Polsce oraz nas oboje z Polski pracujących w Aachen. Drugą osoba z Polski jest ubiegłoroczna maturzystka Agnieszka z Osieka k. Oświęcima. W ubiegłym roku było też miejsce w Chorwacji i aktualnie pracuje się nad tym aby stworzyć kolejne miejsca w Chorwacji, Bośni i w Niemczech dla osób z tych krajów. Niemcy wyjeżdżają do Polski już 14 lat, my jesteśmy szóstymi wolontariuszami w Aachen. Projekt w którym uczestniczę nazywa się „Służbą socjalną na rzecz pokoju i pojednania” jest też określana w skrócie z niemieckiego jak FSJ (Freiwilliges Soziales Jahr). Jest to dobrowolna decyzja o pracy w sektorze socjalnym w innym kraju. Ciekawe, że w Niemczech taki wolontariat jest oficjalnie uznaną formą wojskowej służby zastępczej, obojętnie czy robi się go w kraju czy za granicą. Za taką pracę nie otrzymuje sie pieniędzy (pracuje jako wolontariusz), tylko kieszonkowe na niezbędne wydatki (u mnie wynosi ono 255 Euro miesięcznie) oraz otrzymuje się możliwość mieszkania i po prostu życia przez 12 lub 14 miesięcy w innym kraju. Dodatkowym „wynagrodzeniem” jest także poprawienie lub poznanie języka kraju w którym się przebywa. Właśnie to drugie było dla mnie jednym z głównych powodów zdecydowaia się na ten wyjazd. Pierwszym była chęć zrobienia dobrowolnie czegoś innego w swoim życiu, czegoś dla innych ludzi i ubogacenia przez to swojej osobowości. Przed projektem wiedziałem tylko tyle, że będę pracował w grupie mieszkalnej dla osób niepełnosprawnych. Nie miałem żadnego wcześniejszego doświadczenia w tym kierunku. Nie było ono jednak wymagane i na rozmowie kwalifikacyjnej w Oświęcimiu w maju 2006 zostałem wybrany jako jeden z dwóch wolontariuszy z Polski, którzy pojadą na projekt do Aachen.

Teraz więc o tym jak wygląda mój dzień i moja praca w Aachen. Oboje z Agnieszką mieszkamy razem w małym mieszkaniu w głównym domu dla osób niepełnosprawnych „Vinzenz – Heim” w Aachen, a pracujemy w dwóch innych miejscach (domach) podlegających pod VH. Ja pracuję w Zewnętrznej Grupie Mieszkalnej (Außen-Wohn-Gruppe) na ulicy Achter w Aachen, a Agnieszka w Domu Heinrich-Sommer-Haus w dzielnicy Brand na przedmieściach. Do pracy dojeżdżam rowerem, zajmuje mi to około 25 minut, Agnieszka dojeżdża autobusami miejskimi. Oboje opiekujemy się mieszkającymi w tych domach osobami niepełnosprawnymi. Nasze obowiązki są uzależnione od stopnia upośledzenia naszych podopiecznych. Niektóre osoby wymagają większej opieki i pielęgnacji (jak karmienie, przebieranie, toaleta, mycie) a niektóre potrzebują w zasadzie tylko rozmów, towarzystwa w ich czasie wolnym, pomocy w ich własnych przedsięwzięciach, czy obowiązkach jakie mają jako mieszkańcy domu. Większość mieszkańców mojej grupy jest właśnie w takim stopniu samodzielna, jedna osoba wymaga kompletnej pielęgnacji i jest nazywana żartobliwie „ofiarą wolontariuszy”. To Theo, zawsze wesoły bardzo patriotyczny Grek z pochodzenia, który przyjechał tutaj zaraz po urodzeniu. Cała grupa składa się z 8 osób, każdy ma swój pokój, każdy codziennie pracuje w warsztacie dla niepełnosprawnych, a popołudnie spędza w domu. Mieszkańcy prowadzą więc swoje normalne codzienne życie. Ja zaczynam pracę w grupie zawsze po południu o godzinie 15. Mój pierwszy obowiązek to zrobienie kawy dla wracających z pracy mieszkańców domu. Po Kaffeepause zawsze jestem proszony przez któregoś mieszkańca o pomoc w jakiejś codziennej sprawie (zrobienie lub poskładanie już wyschniętego prania, pójście razem do banku i zrobienie przelewu itp.) często też, jeśli pogoda pozwala wychodzę z Theo na spacery po mieście. Gdy leje lub gdy Theo nie ma ochoty wyjść to siada przed swoim komputerem i za pomocą specjalnego urządzenia zakładanego na głowę przepisuje „Harry'ego Pottera” (nie może tego robić dłońmi). Zawsze stoje do dyspozycji wszystkich mieszkańców i bardzo miłe jest dla mnie, kiedy pytają o mój kolejny dyżur w grupie, bo chcą coś razem ze mną zrobić. Nauczyłem się tutaj nawet gotować! Każdy mieszkaniec musi co jakiś czas w weekendy gotować dla całej grupy. Wtedy ktoś z opiekunów (np. ja) gotuje według wskazówek mieszkańca. To jest naprawdę frajda! A propos  opiekunów, to nigdy nie jest tak, że pracuje sam. Zawsze jesteśmy we dwójkę, tzn. ja i jeszcze jeden „prawdziwy” opiekun.

W grupie pracuje 4 razy w tygodni (poza środami, gdy to pracuje w biurze Pax Christi), mam także obowiązek pracy jednego weekendu w miesiącu. Jestem jednak przez wszystkich bardzo poważnie traktowany przez współpracowników i nie mamy problemów. Każdy wtorek biorę także udział w zebraniu Teamu pracowników gdzie omawiane są wszystkie sprawy dotyczące domu i mieszkańców. Jestem więc cały czas dobrze poinformowany. Osobiście czuję sie bardzo dobrze w grupie. Znajomośc języka pomogła mi bardzo szybko nawiązać kontakt z mieszkańcami oraz zdobyć zaufanie pracowników. Kolejnym stałym punktem w programie dnia naszego domu jest wspólna kolacja o godzinie 18. Każdy mieszkaniec ma w domu określone dyżury. Jednym z nich jest Tischdienst czyli obowiązek nakrycia do kolacji i posprzątania po niej stołu. Każdy zna dzień w którym ma to zrobić. Posiłek jemy wspólnie, najczęściej kanapki, w tym czasie musze karmić Theo, ponieważ on sam nie jest w stanie jeść. Inni mieszkańcy nie mają z tym problemów. Po kolacji najczęściej zostaje się chwile przy stole i rozmawia albo żartuje. Nasz Grek lubi też wypić po posiłku obowiązkową szklaneczkę wina, mentalność śródziemnomorska pozostaje nawet jak się mieszka w Niemczech :). Około 20 Theo chce juz położyc się spać. Pomagam mu więc zrobić codzienną toaletę (ogolić się, umyć zęby), później rozebrać się i wykąpać. Gdy ubrany już w pidżamkę Theo leży w łóżku i zanim pójdzie spać najczęściej życzy sobie aby włączyć jemu telewizję, oczywiście ogląda tylko greckie programy. W związku z tym zrobiłem z nim mała umowę. Kiedy ja mam dyżur oglądamy niemiecką telewizję żebym i ja chociaż coś zrozumiał z tego co mówią. W międzyczasie mogę też pomóc innym mieszkańcom w jakimś drobnym domowym obowiązku. Pielęgnacje Theo kończę najczęściej między 21 a 21:30. Żadko choć czasami zdarza się, że w tym czasie pomagam też innym mieszkańcom np. Monique lub Mirelli w wieczornej toalecie. Częsciej jednak idę do Gunnara (prawdziwego fana techniki medialnej) pooglądać coś u niego w pokoju albo zwyczajnie pogadać. W tym czasie mogę też zadzwonić do mojej dziewczyny lub do domu. Wszyscy współpracownicy śmieją się, że „wiszę na telefonie” i zawsze są bardzo ciekawi jak wysoki rachunek płace za te rozmowy. Dzięki tanim kodom nie jest to jednak więcej jak 10 Euro miesięcznie a rozmawiać można naprawdę długo. O 22 oficjalnie kończę mój dyżur. Tak wygląda dzień na Achterstraße. Oczywiście są to tylko rzeczy które są codziennie, poza ym prawie każdy dzień przynosi coś nowego. Ostatnio np. doszedł do nas jeden  nowy mieszkaniec, inny przeprowadził się do samodzielnego mieszkania itd. itp. Organizowane są też różnego rodzaju święta w grupie, poza Bożym Narodzeniem, także sylwester, haloween, oraz obchodzony tutaj hucznie karnawał. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dobrze zorganizowana jest w Niemczech opieka dla osób niepełnosprawnych. Moga one prowadzić własne samodzielne życie i przez to także rozwijać się. Także miasto jest przystosowane dla osób na wózkach. Autobusy mają płaskie podłogi, krawężnki są wyrównane z jezdnią na przejściach dla pieszych, w budynkach są windy albo specjalne platformy alby pokonać schody. Także do poruszania się po mieście mieszkańcy mają specjalne wózki z napędem elektrycznym, tak , że sami moga poruszać się tam dokąd chcą. Jak już także wspomniałem wyjątkiem od pracy w grupie jest środa, kiedy to pracujemy z Agnieszką w biurze Pax Christi, przy różnych obowiązkach jakie tam dla nas się szykują. Czasem jest to pomoc w organizowaniu akcji, projektów, pisanie maili do Polski, a czasem zwyczajne porządkowanie biblioteki. Jest to także okazja aby pracować nad swoimi pomysłami, zoorganizowaniem lub załatwieniem czegoś. Tutaj także mamy dostęp do internetu. Jest to tyle ważne, ponieważ u mnie w pokoju nie mam podłączenia i takowego mieć nie mogę z racji infrastruktury budynku. Dlatego ciężko jest mi cały czas na bieżąco trwać w kontakcie mailowym ze znajomymi. Poza pracą zawsze mamy też rozmowę w gronie pracowników o tym co ostatnio zrobiliśmy i co zamierzamy.

Miało być krótko, a już się tyle rozpisałem. I tak muszę zaznaczyć, że naprawdę staram się pisać oględnie. Na koniec wspomnę więc o moim czasie wolnym. Praca popołudniami oznacza, że przedpołudnia mam zawsze wolne. Spanie do dwunastej nie leży jednak w mojej naturze, to też najczęściej wstaję przed ósmą rano, gdy chcem odespać to przeciągam do nieco po dziewiątej. Poza wszystkimi obowiązkami jakie mam do zrobienia, a więc również pranie, sprzątanie, zakupy itp. Muszę też sam gotować jak mam ochotę na coś większego. Moje menu jest jednak niezbyt skomplikowane i bazuje na daniach z makaronu, ryżu, pizzy i jajecznicy :) kucharz ze mnie żaden, ale i tak sporo się nauczyłem. Żadko gotujemy z Agnieszką razem, po pierwsze dlatego, że mamy inne upodobania smakowe, po drugie ponieważ ona częściej pracuje przedpołudniami i wraca gdy mnie już nie ma. Do tego dochodzą inne dyżury weekendowe, także często po prostu się mijamy. W czasie wolnym staram sie rozwijać swoje zainteresowania. Czytam, uczę się języka, regularnie wychodzę pobiegać do lasu. Wziąłem już raz udział w tutejszym Aachener Winterlauf 17 grudnia ub. roku. Na dystansie 18,1 km miałem całkiem niezły czas 1 godzine 30 minut. Biegam jednak dla zdrowia i frajdy, nie trenuje jakoś ściśle dla wyników.

Dobrym pomysłem jest też czasami jazda rowerem po okolicy. Choc przyznam się, że jakoś na to nie było za duzo czasu to tej pory i mam jeszcze dużo do zobaczenia. W październiku i listopadzie chodziłem też na obowiązkowy kurs językowy. Miałem wtedy każdego dnia od 9 do 12:30 szkołę. Był to świetny czas, poznałem osoby z 12 krajów a niektórymi znajomymi do dzis utrzymuje kontakt. Obecnie od końca lutego uczęszczam na inny kurs, dwa razy w tygodniu wieczorem. W środę mogę iść bez problemu bo mam popłudnia wolne, w poniedziałki musze wychodzić na półtorej godziny z pracy, całe szczęście, że szkoła jest 5 minut pieszo od grupy. Kursy językowe to świetna sprawa żeby nie tylko poprawić język ale oznac wielu ciekawych ludzi z najróżniejszych zakątków Europy i świata. To co nas łączy to chęć i już umiejętność mówienia po niemiecku. Mam mozliwośc tez odwiedzać tutaj co jakiś czas mecze pierwszej ligi niemieckiej. Alemannia Aachen gra w niej od tego sezonu i jako osoba towarzysząca dla osoby na wózku mogę wejśc na stadio za darmo. Ostatnio Alemannia gra coraz lepiej!!!

Ściśle związane z moim czasem wolnym jest udzielanie się w Polskiej Misji Katolickiej w Aachen. Zostałem tutaj ministrantem i lektorem, choć na niedobór służby liturgicznej ksiądz Jan nie narzeka. Istnieje tutaj także wspólnota modlitewna „Przystań” założona przez polskich studentów, przebywających tutaj na Erasmusie lub po prostu robiących całe studia. Charakterystyczne dla tej grupy jest to, że panuje w niej duża rotacja członków. Jedni wracają do Polski, inni przyjeżdżają. Ale świetnie, że taka wspólnota jest!!!!! Mając już drobne doświadczenie wspólnoty, z mojego krótkiego jak na razie życia studenckiego w Szczecinie, byłem ogromnie szczęśliwy, że takowa funkcjonuje też przy naszej Misji. Na jednym z pierwszych wrześniowych spotkań zostałem wybrany na współlidera wspólnoty. Takie zadanie naprawdę bardzo mnie zaskoczyło. Poważnie podszedłem do sprawy i wspólnie z Darią, udało nam się stworzyć ramy naszych spotkań modlitewnych (każdy wtorek o 20), zoorganizować śpiewniki i katechezy. Jeden wtorek w miesiącu mamy też wspólnotową Mszę Świętą wraz z Adoracją Najśw. Sakramentu. Aby to wszystko działało potrzebna jest nie tylko nasza modlitwa ale i konkretne przygotowania. Chwała Panu, dajemy jednak radę. Udało nam się także zorganizować kilka inicjatyw ogólnych dla naszej Misji. W październiku poprowadziliśmy na niedzielnej Mszy Św. akademię o Janie Pawle II z okazji rocznicy jego pontyfikatu (wszystko można zobaczyć w kronice naszej Misji na stronach internetowych naszej PMK). W przeddzień Święta Niepodległości zorganizowaliśmy czuwanie modlitewne w intencji Polonii Zagranicznej. Łączyliśmy się duchowo w ten sposób z czuwaniem w takiej intencji na Jasnej Górze. W ostatni piątek prowadziliśmy Drogę Krzyżową i Adorację Najświętszego Sakramentu w klimacie pieśni z Taize. Jesteśmy także zaangażowani obchody rocznicy śmierci Jana Pawła II oraz przypadającego w tym roku, 20-tego Jubileuszu naszej PMK, przypada on 29 kwietnia (Misja jest pod wezwaniem św. Wojciecha). Wraz z Darią prowadzimy także cykl konferencji nt. religii świata. Jedną z nich przeprowadziliśmy w listopadzie o Islamie, drugąw lutym o Judaiźmie. Teksty obu ukazały sie jako obszerne artykuły w naszych misyjnych „Przekazach Akwizgrańskich”. Obecnie przygotowujemy konferencje o Buddyźmie. Jest jeszcze także wiele innych pomysłów czekających na realizację, dlatego określam czasami zajęcia w PMK jako „mój drugi wolontariat”. Mamy jednak dla kogo to robić, w samym Aachen na niedzielne Mszę Święte uczęszcza regularnie około 600 wiernych.

Inną formą działania i zbierania doświadczenia przeze mnie jest także uczestniczenie w seminariach organizowanych dla byłych i obecnych wolontariuszy. Piewrszym w którym uczestniczyłem było wspólne seminarium Horyzontu i Trampoliny, dwóch organizacji skupiających byłych wolontariuszy polskich i niemieckich. Odbyło się ono w listopadzie w Łagowie Lubuskim w Polsce. Poza możliwością zawarcia nowych kontaktów jest to także okazja do świetnej zabawy w gronie młodych, kreatywnych ludzi, zdobycie nowych doświadczeń i pomysłów oraz zobaczenie możliwości rozwijania i wspierania ideii wolontariatu już po zakończeniu swojej służby. Drugim było lutowe seminarium w Berlinie zorganizowane przez niemiecką fundację rządową „Erinnerung Verantwortung Zukunft”. Poza programem dydaktycznym mieliśmy także okazję zwiedzenia Berlina i wejścia do środka Reichstagu, czyli niemieckiego sejmu. To jest właśnie zaleta seminariów, że organizatorzy zapewniają pokrycie kosztów podróży, można więc za darmo także pozwiedzać. Ostatnio byliśmy już razem z Agnieszką na tygodniowym seminarium w Kolonii dla zagranicznych wolontariuszy, będacych obecnie na służbie w Niemczech. Było nas w sumie 16 osób, choć to oczywiście nie wszyscy jacy obecnie są w Niemczech. Czas w Kolonii przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, było po prostu świetnie pod każdym względem, stworzyliśmy też całkiem zgrany team. Mieliśmy okazje nie tylko wymienić doświadczenia i nauczyć się czegoś nowego, ale także zobaczyć Kolonię, Bonn i zabawić się wspólnie. Poza tym z Agnieszką uczestniczyliśmy też już dwa razy w seminariach naszej grupy wolontariuszy z Pax Christi. Oba odbyły się w małej belgijskiej wiosce Berterath, położonej bardzo malowniczo na przedgórzu Ardenów (w sierpniu było tam 7 st. C rano). Pierwsze 9-dniowe mieliśmy zaraz na sam początek naszej służby w sierpniu, drugie podsumowujące półmetek wolontariatu w lutym. Wraz z zawarciem nowych znajomości pojawia się większa możliwość podróżownia i odwiedzania nowych miejsc w Niemczech. Tu musze się przyznać, że narazie w pierwszych siedmiu miesiącach mojej służby bardzo mało podróżowałem. Uzależnione jest to w dużej mierze od kosztów, niemiecka kolej w porównaniu do mojego kieszonkowego (i nie ma żadnych zniżek dla studentów) jest cytuję: „schweineteuer”. Narazie jednak rozglądam się za korzystnymi możliwościami jeżdżenia. Na pewno będe chciał pojechać do Saarbrücken (na granicy z Francją) do znajomych z seminarium w Köln. Chciałbym też przy okazji zwiedzić jeszcze przynajmniej Trier, Koblenz i stamtąd jest też blisko do Strasbourga, cyli pierwszej, obecnie mniej używanej siedziby Parlamentu Europejskiego. Aachen jest też dobrą bazą wypoadową do stolic sąsiednich Państw: Brukseli, Amsterdamu, Luxemburga, Paryża i Londynu. Czas jednak i możliwości finansowe pokażą ile uda mi się zobaczyć. Wiem, że w lipcu i sierpniu jade jako jeden z opiekunów z moimi podopiecznymi najpierw na urlop na statku na Morzu Północnym w Holandii, a później na tydzień do Berlina.

Tak oto w naprawdę telegraficznym skrócie wygląda mój wolontariat. Zapraszam także do obejrzenia mojej galerii zdjęć pod podanym niżej adresem, którą będę starał się co środę aktualizować. Nawet sam się nie spodziewałem, że powstanie z tego tak długi tekst. Cieszę się tylko, że nie musze tego tłumaczyć na niemiecki, ponieważ regularnie piszę artykuły po niemiecku dla naszej wolontariackiej gazetki „Die Przerwy”. Artykuły z niej także można przeczytać pod jednym z poniższych linków. W pierwszym artykule pisanym na ostatnią chwilę jest bardzo dużo błędów, proszę więc się nie śmiać!!!

Serdecznie pozdrawiam i dziękuje za chęć przeczytania,
Przemysław Marek,
wolontariusz Pax Christi w Aachen

Galeria zdjęć z wolontariatu w Aachen

Zainstaluj aplikację Caritas